Ten pierwszy poranny papieros
Podobne strony:
Ten pierwszy poranny papieros 2
Szanghaj, Nowy Rok A.D. 2006
Tajfun Wipha, na żywo z Szanghaju
Kiedyś w drodze do domu
Mój Świat A.D. 2008
Wymiana pieniędzy – opowieść
Ten pierwszy poranny papieros 2
Szanghaj, Nowy Rok A.D. 2006
Tajfun Wipha, na żywo z Szanghaju
Kiedyś w drodze do domu
Mój Świat A.D. 2008
Wymiana pieniędzy – opowieść
Lepszym tytułem byłoby raczej 'Z mojego balkonu' albo coś w tym guście, ponieważ mój balkon jest świetnym miejscem do oglądania zwyczajów moich sąsiadów – a ten tekst jest o nich, nie o nałogach.
Mieszkam na trzecim pietrze (licząc po chińsku, gdzie parter to już jest 'pierwsze' piętro), mój balkon wychodzi na centralny plac osiedla, więc często, wychodząc na moment dla odświeżenia umysłu, lub sprawdzenia jaka jest pogoda widzę, co robią moi sąsiedzi.
Ten tekst to moje obserwacje. I nic więcej.
Na ławce niedaleko fontanny siedzi para, chłopak i dziewczyna, mają może po dwadzieścia pięć lat. Widać od razu, że nie wszystko jest pięknie i to nie jest miła i przyjemna randka. Słychać ostre, złe słowa, po chwili dziewczyna zrywa się i odchodzi. Siada kilkanaście metrów dalej na innej ławeczce.
Kilka chwil pełnej napięcia ciszy. Chłopak wyciąga z kieszeni telefon komórkowy, wystukuje numer. Komórka dziewczyny zaczyna dzwonić, słychać fragment muzyki z Gwiezdnych Wojen. Dziewczyna odbiera, chłopak zaczyna coś tłumaczyć.
Około czterdziestoletni mężczyzna i mały chłopak wybiegają z sąsiedniej klatki. Mężczyzna trzyma w rekach niewielką plastikową miednicę, chłopiec niebieską reklamówkę. Dobiegają do fontanny, mężczyzna rozgląda się szybko, robi lekki zamach, z miednicy wypada do wody średniej wielkości żółw. Obaj sprawcy ociekają, zatrzymują się na chwile przy kontenerze na śmieci, wrzucają do środka miednicę i reklamówkę, znikają w budynku.
Przez jakiś czas obserwuję jak żółw pływa dookoła fontanny. Woda jest głęboka, zwierzę nie ma gdzie odpocząć. Idę do administracji osiedla, zgłaszam co się stało. Nikt się specjalnie nie przejmuje, wieczorem pytam się czy ktoś coś zrobił, żeby żółwia wyłowić. Tak, pada odpowiedz.
Cieszę się, że moja interwencja pomogła, bez niej żółw by się pewnie utopił. Co się ze zwierzątkiem stało to już inna sprawa, może je ktoś zjadł na kolacje.
Siedemdziesięcioletnia babcia stoi na trawniku pod moimi oknami i głośno rozmawia z kimś na ósmym piętrze. W ręce trzyma niewielki plastikowy worek, taki, w jakim często kupuje się śniadanie na wynos, zazwyczaj są to baozi, lub jaozi (rodzaj pierogów). Z lewej strony, trzy kroki obok, dosłownie, znajduje się kosz na śmieci. Babcia kończy rozmowę, wkłada do ust ostatni kęs śniadania. Plastikowy worek ląduje na trawie, tak jakby mięśnie dłoni, która trzymała worek, nagle straciły całą siłę i woreczek wypadł pod własnym ciężarem.
Piata rano, sobota. Na ławce przy fontannie siedzą trzy, na oko dwudziestoletnie dziewczyny. Myślę, że były na całonocnej imprezie i jeszcze nie chcą wracać do domu. Kiedy w końcu wstają i odchodzą, na ziemi wokół ławki leżą: trzy plastikowe butelki po napojach, papierowy kartonik po mleku, okładka z kolorowego magazynu, oraz kilka pomiętych chusteczek higienicznych.
Kosz stoi o kilka kroków dalej.
Z jednej z sąsiednich klatek wychodzi kobieta z kilkuletnim chłopcem. Stają przed klatką, po kilku słowach dziecko ściąga spodnie i zaczyna sikać do kratki ściekowej. Mama czeka cierpliwie, po chwili pomaga synowi zapiąć spodnie, bierze go za rękę i oboje spokojnie odchodzą.
Codziennie rano, kiedy słonce wychodzi zza horyzontu któryś ze strażników wciąga chińską flagę narodową na maszt znajdujący się w centrum osiedla. Wieczorem, kiedy zaczyna się ściemniać flaga jest ściągana i ten rytuał powtarza się tak każdego dnia. Pewnego poranka, podczas bardzo silnego wiatru, strażnik musi mocno zmagać się z płachtą materiału, wiatr, który próbuje również porwać jego czapkę, nie pomaga w zadaniu.
Flaga jest już w połowie masztu, kiedy mężczyzna orientuje się, że zamocował ją do góry nogami...
Dwóch mężczyzn - czarne wypolerowane buty, białe skarpetki, czarne spodnie, białe koszule, za paskiem futerały na komórki, typowy przykład bismesmen'ów klasy 2 (błąd w pisowni zrobiony celowo) - wychodzi z bloku, obaj mają reklamówki wypełnione fajerwerkami.
Po pierwszym wybuchu ze wszystkich stron zaczynają schodzić się sprzątaczki z miotłami i zmiotkami w rękach, jedna ciągnie za sobą kubeł na śmieci.
Mężczyźni bawią się świetnie, fragmenty fajerwerków lądują na zaparkowanych samochodach, zadaszeniach klatek schodowych, drzewach.
Kanonada trwa piętnaście minut, mężczyźni wracają do domu, dziewięć osób sprząta pozostałości po fajerwerkach przez czterdzieści pięć minut.
Pada deszcz. Młoda kobieta z sąsiedniej klatki wraca ze spaceru z psem. Tuż przed wejściem do klatki kuca, wyciąga z kieszeni chusteczkę higieniczna. Wyciera psu nogi, tyłek, bierze zwierzaka na ręce, chowa chusteczkę do kieszeni i wchodzi do budynku.
Wpół do siódmej rano. Starszy mężczyzna ćwiczy tai-chi na chodniku przy fontannie. Nagle z okna na może szóstym-ósmym piętrze spada na ziemię tuż obok niego baozi, rodzaj pieroga, potężny kawał ciasta z mięsem lub warzywami w środku. Mężczyzna spokojnie spogląda do góry, po chwili wraca do ćwiczeń.
Mała dygresja, dwa lata temu w innej dzielnicy Szanghaju jakiś mężczyzna wylądował w szpitalu z pękniętą czaszką, kiedy wyrzucone przez okno coś ciężkiego trafiło go w głowę.
Pod moją klatką zatrzymuje się wielki srebrny samochód, Lexus GS. Otwierają się drzwi po stronie kierowcy, siedząca za kierownicą kobieta wystawia głowę na zewnątrz, rozgląda się wokoło, nie widząc nikogo wyrzuca na ziemię resztki Dania nr. 3 z KFC.
Znowu dygresja. Chińczycy plują. To jedna z przywar, które zapamiętują prawie wszyscy obcokrajowcy odwiedzający ten kraj. Nawet epidemia SARS dwa lata temu, podczas której cały Szanghaj oblepiony był plakatami "Nie Pluj" (niektóre można jeszcze zobaczyć nawet teraz, obszarpane, wyblakłe i tak samo ignorowane jak dwa lata temu), nie pomogła wyplenić tego obrzydliwego zwyczaju.
Nie jest to po prostu ciche i dyskretne strzyknięcie śliną - zaczyna się od głośnego KKKHHHHH wydobywającego się prawie z przepony (czeste wytlumaczenie tego to - trzeba sie pozbyc zalegajacych przełyk zanieczyszczeń powietrza), następnie mniej lub bardziej dyskretnego GLGLLGLG, kiedy flegma zbierana jest w ustach i dopiero wtedy następuje pozbycie się ładunku. Nie ważne gdzie, w autobusie, w restauracji, na sali egzaminacyjnej...
Starszy mężczyzna przechodzi pod moimi oknami. Słyszę charakterystyczny odgłos, KHHHH.... Nie wiem po co, liczę kroki, raz, dwa... piec, siedem, dziewięć. Jedenaście. PLUJ, dopiero wtedy plwociny lądują na betonie.
Dziesiąta wieczór, coś ciężkiego spada na ziemie, po chwili słychać krzyki - odgłosy zaczynającej się awantury. Wyglądam przez okno, dwóch mężczyzn okłada się pięściami, chociaż idzie im to dość średnio, dwaj strażnicy próbują ich rozdzielić. Po chwili na miejscu zjawiają się dwaj policjanci na motocyklach (i jeszcze jedna dygresja, normalnie nie widać ich na ulicy, ale jak trzeba zjawiają się błyskawicznie), oraz kolejni trzej w samochodzie.
Mężczyźni, nie zmieszani obecnością stróżów porządku wcale nie mają zamiaru się uspokoić, dalej mają nadzieję na knockout przeciwnika.
Pół osiedla wisi na balkonach przysłuchując się awanturze, co odważniejsi i bardziej żądni bezpośredniego udziału schodzą się na miejsce, w pewnej chwili, godzinę po tym jak awantura się zaczęła, pod moimi oknami znajduje się około sześćdziesiąt (!) osób, każda ma coś do powiedzenia.
Wpół do dwunastej w nocy pod moimi oknami zatrzymuje się karetka pogotowia, jakiś mężczyzna ląduje na noszach i zostaje odwieziony do szpitala. Tłum zaczyna rzednąć i wpół do pierwszej jest już na tyle cicho, że mogę położyć się spać.
Kilka tygodni później, tym razem o szóstej rano znowu słyszę podniesione glosy. Wychodzę na balkon, znowu to samo, dwóch mężczyzn, dwóch strażników, tym razem jednak 'zawodnicy' nie są tak zapalczywi, po chwili jeden zostaje na placu boju, drugi, odgrażając się i głośno miotając obelgi, odchodzi.
Jeden z 'sekundantów' podnosi z ziemi czapkę i marynarkę, wtedy uzmysławiam sobie, że jednym z walczących był strażnik, mężczyzna pracujący na moim osiedlu, którego zadaniem jest zapewnienie spokoju...
Wielki SUV (Sport Utility Vehicle) próbuje wycofać z parkingu. Kierowca, zamiast po prostu pojechać tyłem do wyjścia i tam, gdzie jest więcej miejsca nawrócić, postanawia spróbować od razu. Po kilku minutach prób beznadziejnie blokuje się pomiędzy dwoma drzewkami, wielkim ozdobnym głazem leżącym na trawniku, koszami na śmieci i stojącym niedaleko samochodem. Piętnastu minut potrzeba, żeby, przy pomocy strażników wydających instrukcje, kierowca wydostał się z pułapki - ale tak jak w nią wjechał - dalej tyłem.
Codziennie rano, jeżeli jest odpowiednia pogoda, kilka kobiet z osiedla spotyka się przy jednej z bram ćwiczyć tradycyjny chiński taniec. Zazwyczaj mają jedwabne chusteczki, którymi wykonują dość zawiłe ewolucje, czasem wachlarze. Ale pewnego dnia mają do dyspozycji prawie metrowej długości miecze, z cienkiej i giętkiej blachy, ale zawsze - stalowe miecze.
Myślałby kto, że wezmą pod uwagę, że obok nich przechodzą ludzie śpieszący się do pracy, dzieci idące do szkoły - skąd, to do przechodniów, mimo, że (teoretycznie) chodnik jest przede wszystkim dla nich, należy obowiązek uważania, żeby nie znaleźć się w zasięgu ostrz.
Bardzo ładna, zgrabna, może dwudziestoletnia dziewczyna przechodzi przez osiedle. Ubrana jest w zwiewną letnią sukienkę, bardzo kobiecą, więc przyglądam się z zainteresowaniem.
W pewnej chwili słyszę, khh, dziewczyna pochyla się nie zwalniając kroku, pluje na chodnik, idzie dalej. Zainteresowanie znika.
I właśnie teraz, środa 22 czerwca, kiedy czytam i przeprowadzam korektę tego tekstu - znowu podniesione glosy na zewnątrz. Strażnicy złapali na gorącym uczynku mężczyznę wrzucającego ulotki reklamowe do skrzynek na listy. Konfiskują całe naręcze, mężczyzna chce je odebrać, dużo krzyków, machania rekami. Jak zawsze.
06.2005


Autorze