Wietnamskie marudzenie
Podobne strony:
Kambodża 2003 – opis podróży
Kambodża 2007 – opis podróży
Kambodża 2007 – pierwsze wrażenia
Smażone tarantule w Skuon – Kambodża 2007
Chaos w Halong Bay – Wietnam 2007
Wietnam 2007 – opis podróży
Wietnamskie marudzenie – Wietnam 2007
Kambodża 2003 – opis podróży
Kambodża 2007 – opis podróży
Kambodża 2007 – pierwsze wrażenia
Smażone tarantule w Skuon – Kambodża 2007
Chaos w Halong Bay – Wietnam 2007
Wietnam 2007 – opis podróży
Wietnamskie marudzenie – Wietnam 2007
Eric Cartman, ten z South Park, powiedział kiedyś – biedacy gnieżdżą się w koloniach.
Ci “mniejsi w rozumie,” niestety, rozproszeni są w społeczeństwie dość równomiernie, ale czasami zdarza się, że koncentrują się niebezpiecznie w większych skupiskach.W czasie mojej podróży po Wietnamie tak się jakoś poskładało, że doświadczyłem czystej i niczym nieskrępowanej głupoty w wykonaniu moich różnych współtowarzyszy podróży – taka koncentracja nie przytrafia się często.
Kilka dni temu jechałem z Dalat do Nha Trang, osiem godzin siedzenia w zatłoczonym i zakurzonym autobusie podskakującym na niekończących się wybojach. Tuż za mną siedziało małżeństwo z Australii, on bite osiem godzin komentował wszystko co tylko pojawiło się za oknem – droga skręca w lewo.
Po prawej krowy się pasą.
Zbliża się skrzyżowanie.
Jeszcze bym zrozumiał, gdyby jego towarzyszka miała problemy ze wzrokiem. Ale nie miała – robiła zdjęcia.
To kolejny przykład. Miała jedną z tych maleńkich badziewiastych plastikowych idiot-kameren, autobus, na prostych, jechał jakieś 60km/h, okna pojazdu pokryte były warstwą kurzu, który ostatni raz naruszony był przez wodę w czasie poprzedniej pory deszczowej, a mimo to pani pstrykała jak najęta.
Jakie te jej zdjęcia wyszły, można się domyślać...
Kilka dni wcześniej, w innym autobusie, jakaś panienka z Norwegii przez godzinę marudziła, że “chcą, żebym za wszystko tutaj płaciła,” na przykład - “dziś chcieli tysiąc dongów za skorzystanie z toalety. Udałam, że nie słyszę.”
Tysiąc dongów to 1/16 dolara amerykańskiego, co, jeżeli moje obliczenia są prawidłowe, wychodzi – jakieś sześć centów...
Publiczne toalety, o ile wiem, same się nie sprzątają, ktoś to całe świństwo musi czyścić, i wydać na skorzystanie z toalety sześć centów – jeżeli ktoś podróżuje po przeciwnej stronie globu w stosunku do swojej ojczyzny, nawet z plecakiem, z maleńkim budżetem, powinien mieć na tyle za skorzystanie z ubikacji – to nie jest fortuna...
Pojechałem dziś na półdniową wycieczkę zwiedzić ruiny pochodzące z czasów królestwa Cham. W autobusie jechał ze mną gostek z Czech, niektóre z jego genialnych pytań – czy Wietnam posiada tajną policję? Czy dawniej ludzie byli aresztowani za krytykę rządu?
A później pewna Szwajcarka, kiedy zatrzymaliśmy się się na przerwę na parkingu i zauważyła niewielką świnkę plątającą się po obejściu – oh, popatrzcie na nią, jaka jest gruba, czy jest w ciąży?
Ekspertem od świń co prawda nie jestem, ale widziałem ich dotychczas wystarczająco dużo, żeby wiedzieć, że to było prosię, na pewno w ciąży toto nie było.
Kto wie, może w Szwajcarii nie ma świń?
I te ruiny dzisiaj, kilka, może sześć struktur, porośniętych mchem i trawą, oraz kilka-kilkanaście innych, już tylko kup cegieł i kamieni. Kilkanaście razy podkreślone zostało, że ruiny zostały doprowadzone do tego stanu przez bombardowania przeprowadzone przez Amerykanów w czasie “Wojny Amerykańskiej”, jak tutaj nazywa się wojnę wietnamską.
Moja opinia, bo całe to podkreślanie na każdym kroku tego faktu działało mi na nerwy, szkoda, że nie dokończyli roboty, nie było by wtedy całego tego zamieszania, nie było by również (serio, to nie ponury żart) kolejnego obiektu wpisanego na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO (w pewnych częściach świata wystarczy podobno zgłosić wniosek o wpisanie na tą listę byle starej budy i wkrótce można już się kolejnym “zabytkiem” cieszyć) – jakby mi ktoś dał trochę starych cegieł, mogę mieć takie ruiny gotowe na przyjęcie turystów może w tydzień. Nawet na durne pytania mogę odpowiadać..
Podróżowanie to świetna sprawa, jeżeli towarzystwo jest w porządku.
Wietnam, ze względu na swój kształt – długi, na około dwa tysiące kilometrów, mierząc z południa na północ, ale wąski, mierząc ze wschodu na zachód, w najwęższym miejscu jest to mniej niż 50 kilometrów – niestety sprawia, że spotyka się tych samych ludzi co kilka przystanków na trasie podróży.
Mogą być jak ten facet z Niemiec, którego spotkałem trzy razy, w Cantho, w Sajgonie, oraz w Nha Trang. Albo jak ta para z Włoch, których spotkałem trzy razy w dwóch różnych miastach. Albo jak pewna Australijka.
Wszyscy – fajni, sympatyczni, inteligentni, świetni kompani do podróży, nawet jeżeli na krótką chwilę.
Albo mogą być jak ci, których opisałem powyżej.
Część całego doświadczenia, jak się domyślam – spotykanie obu grup.
04.2007


Autorze